ks. Marek Dziewiecki

ks. Marek Dziewiecki

ur. 1954, duszpasterz, doktor psychologii. Kapłan Diecezji radomskiej, ekspert Ministerstwa Edukacji z zakresu przedmiotu "Wychowanie do życia w rodzinie". Doktorat z psychologii uzyskał w Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie w 1988. Jest adiunktem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Autor kilkunastu książek z dziedziny psychologii wychowawczej, przygotowania do życia w rodzinie, profilaktyki i terapii uzależnień.

PUBLISHED 05 Maj 2011 CATEGORY
Dział: Rodzina
COMMENTS

Konflikty w rodzinie: szanse i zagrożenia

Człowiek, który kocha, nie przestaje być kimś niedoskonałym.

 

W każdej rodzinie mogą pojawić się konflikty i kryzysy. Po części wynikają one z niedoskonałości, od których nie są wolni nawet ci ludzie, którzy bardzo kochają, a po części z trudnych czasem okoliczności zewnętrznych, które wystawiają na próbę członków rodziny. Groźne jest udawanie, że nie ma żadnych trudności wtedy, gdy one się pojawiają, gdyż konflikty utajone i nierozwiązane prowadzą do trwałych napięć i do rosnącej agresji w rodzinie. Równie groźna jest druga skrajność, czyli dążenie do „rozwiązywania” konfliktów na zasadzie przemocy, szantażu czy manipulacji.

 

Najbardziej dotkliwy konflikt ma miejsce wtedy, gdy ktoś z członków rodziny popada w taki kryzys, że zaczyna krzywdzić nie tylko samego siebie, ale też swoich bliskich. Ma to miejsce na przykład wtedy, gdy mąż nadużywa alkoholu, gdy jedno z małżonków dopuszcza się zdrady albo gdy dorastające dziecko popada w narkomanię i stosuje przemoc wobec rodziców. W takiej sytuacji przezwyciężenie konfliktu nie jest możliwe na drodze pertraktacji, gdyż człowiek krzywdzący siebie i bliskich nie jest zdolny do krytycznej refleksji nad własnym zachowaniem. Krzywdzone osoby mają wtedy prawo do obrony – w skrajnej sytuacji do separacji małżeńskiej czy do wezwania policji. Kto broni się przed krzywdą, ten nie tylko chroni siebie, ale też okazuje dojrzałą miłość wobec krzywdziciela, gdyż stanowcza obrona sprawia, że krzywdziciel ma jedną ofiarę mniej na sumieniu i otrzymuje informację, że jest człowiekiem, przed którym muszą się bronić nawet najbliżsi, którzy go kochają. Stanowcza obrona stwarza szansę na to, że krzywdziciel zmobilizuje się do przezwyciężenia kryzysu. Właśnie dlatego Jezus nie nadstawiał drugiego policzka, lecz bronił się przed tymi, którzy Go krzywdzili.

 

Napięcia w rodzinie mogą wynikać z tego, że któryś z członków rodziny postępuje według błędnej hierarchii wartości czy łamie normy moralne. Pozostali członkowie rodziny powinni wtedy stanowczo upominać błądzącego oraz mobilizować go do postępowania w oparciu o zgodną z Ewangelią hierarchię wartości. Na przykład rodzice mają pełne prawo nie pozwolić na to, by w ich domu zamieszkał bez ślubu „partner” któregoś z dorosłych dzieci. Mają też prawo nie przyjąć zaproszenia na kontrakt cywilny syna czy córki, gdyż taki kontrakt to fikcja prawna. Prawo państwowe nie może bowiem nikogo zobowiązywać do tego, by kochał, ani karać za zdrady małżeńskie.

 

Innym źródłem napięć w rodzinie może być niezawiniona przez nikogo z domowników trudna sytuacja życiowa, na przykład utrata pracy przez męża czy poważna choroba któregoś z członków rodziny. Sposobem przezwyciężenia tego typu trudności jest wzajemne wspieranie się miłością jeszcze większą niż dotąd i wspólne poszukiwanie optymalnych rozwiązań w zaistniałej sytuacji.

 

Problemem nie są problemy – gdyż te na tej ziemi są nieuniknione – lecz brak umiejętności czy siły, by je pokonywać. Mądrze przezwyciężane problemy cementują więzi rodzinne i wzmacniają poczucie bezpieczeństwa na przyszłość, oczywiście pod warunkiem że w sytuacjach konfliktowych szukamy rozwiązań prawdziwych, a nie rozwiązań łatwych. Dzięki mądremu przezwyciężaniu trudności i konfliktów członkowie rodziny mają szansę coraz lepiej się rozumieć i wspierać. Zyskują mądrość życiową oraz powiększają zaufanie do siebie nawzajem. Przezwyciężanie konfliktów i trudności jest możliwe wtedy, gdy członkowie rodziny szukają pomocy u Boga, gdy wspólnie się modlą, gdy od Chrystusa uczą się zasad mądrej miłości, gdy potrafią siebie nawzajem przepraszać i sobie nawzajem przebaczać, a także gdy wyciągają wnioski z bolesnej przeszłości.

 

Tekst pochodzi z miesięcznika Sygnały Troski, nr 5/2011

www.sygnalytroski.pl

PUBLISHED 03 Gru 2010 CATEGORY
Dział: Rodzina
COMMENTS

Praca za granicą a rodzina

Miłość w rodzinie jest zdecydowanie ważniejsza niż sytuacja materialna.

 

 

Kilka dni temu otrzymałem e-mail od zrozpaczonego mężczyzny z północno-wschodniej Polski. Mężczyzna ten pracował przez kilka lat w Irlandii. Dzięki temu kupił dla siebie, żony i dwóch córeczek mieszkanie w bloku. Rok temu wyjechał raz jeszcze. Tym razem po to, by zbudować własny, duży dom. Gdy wrócił na kilka dni wakacji, odkrył, że żona związała się z jakimś mężczyzną i że pozwoliła mu zamieszkać u siebie. Dwie małe córeczki mówią do tego pana: „tato”. Równie bolesna historia z przeciwległego krańca Polski. Pewien mąż i ojciec wyjechał ponad dziesięć lat temu do USA. Też miał zarobić na dom, który w Polsce za przysyłane przez niego pieniądze buduje żona. Miał być zagranicą najwyżej rok-dwa, a pozostaje tam do tej pory. Żona jest mu wierna, chociaż cierpi z powodu rozłąki. Jedyna córka przez wiele lat znosiła dzielnie tę sytuację. Załamała się w tym roku. Zabrakło jej obecności i wsparcia ojca. Nie ufa mężczyznom, gdyż boi się, że jeśli się z którymś z nich zwiąże, to może on w każdej chwili wyjechać za granicę i zniknąć z jej życia tak, jak to zrobił to jej tata.

 

Nawet dla ludzi samotnych, zwłaszcza młodych, pobyt za granicą wiąże się z większymi zagrożeniami niż wchodzenie w samodzielność we własnym kraju. Tym większym zagrożeniem jest wyjazd dla kogoś, kto opuszcza własną rodzinę. Warto mieć w tym względzie jasną hierarchię wartości i jasne priorytety. Nie ma sensu pracować za granicą po to, by poprawić sytuację materialną rodziny, jeśli dokonuje się to w taki sposób, że grozi to rozpadem tejże rodziny. Największymi ofiarami są wtedy dzieci. Powstał już nawet termin techniczny na określenie ich sytuacji: eurosieroty. Zdarza się, że nawet obydwoje rodzice wyjeżdżają za granicę, pozostawiając dzieci pod opieką krewnych czy starszego rodzeństwa. Takie dzieci nie czują się kochane. Nie mają domu rodzinnego. Trudno im będzie w przyszłości założyć własną rodzinę, nawet jeśli będą kiedyś bogate materialnie. Brakuje im pozytywnych wzorców życia rodzinnego. Nie ma w nich tęsknoty za rodziną, gdyż rodzina nie kojarzy się im z bliskością, czułością i radością bycia razem.

 

Jeśli już ktoś decyduje się na wyjazd za granicę, to najlepiej, gdyby wyjechał z całą rodziną. Wyjazd na zasadzie opuszczenia współmałżonka i dzieci powinien być brany pod uwagę wyłącznie w sytuacji skrajnej, w sytuacji głodu i żadnych szans na pracę w swoim środowisku. Nawet w takiej sytuacji powinien to być wyjazd na krótko – na dwa czy trzy miesiące. Później warto wrócić i ewentualnie znowu wyjechać na kilka miesięcy, regularnie odwiedzając w tym czasie bliskich. Tanie linie lotnicze mogą tu być pomocą. Im mniejsze są dzieci, tym wyjazd staje się bardziej problematyczny. I tym większe jest ryzyko, że ktoś z młodych małżonków – ten, który wyjechał, lub ten, który pozostał w kraju – zwiąże się z kimś innym. Im większa miłość łączy rodzinę, tym łatwiej znajdą oni takie rozwiązania trudności finansowych, które nie prowadzą do rozłąki i cierpienia.

 

Sygnały Troski nr 12/2010

www.sygnalytroski.pl

PUBLISHED 30 Gru 2008 CATEGORY
Dział: Rodzina
COMMENTS

Spontaniczność czy wychowanie?

W sposób spontaniczny nikt z ludzi
nie stanie się kimś dobrym i mądrym.

Dzieci są skarbem i przyszłością społeczeństwa, a solidne wychowanie młodego pokolenia to najważniejsze zadanie ludzi dorosłych w każdej epoce. Los dzieci jest zbyt ważny, by koncepcje wychowania opierać na czyichś subiektywnych przekonaniach czy na modnych ideologiach.

Niestety w naszych czasach obserwujemy swoisty populizm w pedagogice. Tak zwani „postępowi” wychowawcy proponują bowiem wychowanie przez... brak wychowania. Tego typu propozycje opierają się na naiwnym, gdyż sprzecznym z doświadczeniem założeniu, że dzieci rodzą się wewnętrznie dobre i że w związku z tym mogą rozwijać się w sposób spontaniczny, bezstresowy, bez wysiłku i dyscypliny, jeśli tylko dorośli im w tym nie przeszkadzają. Mamy tu do czynienia z powtarzaniem we współczesnej pedagogice mitu „dobrego dzikusa” w wersji J. J. Rousseau. Ci, którzy ten mit podtrzymują, nie są w stanie w logiczny sposób odpowiedzieć na rodzące się wtedy pytanie: jak to się dzieje, że ludzie dorośli mogą szkodzić dzieciom, skoro także ci dorośli — według założenia Rousseau - urodzili się wewnętrznie dobrzy i bezkonfliktowi?

Mit „dobrego dzikusa” jest w oczywisty sposób sprzeczny z rzeczywistością, gdyż nikt z nas nie spotkał choćby jednego człowieka, który by się rozwinął bez pomocy ze strony dorosłych i bez pracy nad sobą. Mitowi temu przeczą ponadto badania ludów pierwotnych, „nieskażonych” kulturą człowieka cywilizowanego, u których badacze odnotowują wiele form agresji i okrucieństwa. Mit „dobrego dzikusa” i spontanicznej samorealizacji głoszą zwykle ci, którzy nie rozumieją człowieka i którzy nie potrafią sprecyzować, jaki jest sens ludzkiego życia oraz jakie są kryteria dojrzałości człowieka. Powyższy mit chętnie głoszą także ci dorośli, którzy za mało kochają, by cierpliwie towarzyszyć dzieciom i młodzieży w rozwoju lub którzy nie mają odwagi, by stawiać wychowankom takie wymagania, bez których rozwój nie jest możliwy.

Spontaniczność jest głównym regulatorem zachowań jedynie w okresie niemowlęctwa. Ale właśnie dlatego niemowlę jest podporządkowane instynktom i popędom oraz potrzebom fizycznym i emocjonalnym. Kierowanie się spontanicznością w następnych fazach życia w najlepszym przypadku powodowałoby niezdolność do tego, by kochać i pracować, a w najgorszym przypadku prowadziłoby do śmiertelnych uzależnień i groźnych przestępstw. Jedynie zwierzęta mogą przez całe życie kierować się popędem, instynktem i spontanicznością, gdyż — w przeciwieństwie do człowieka — żadne zwierzę nie wyrządzi krzywdy samemu siebie. Tymczasem człowiek potrafi czynić to, czego sam nie chce (na przykład w sytuacji uzależnień). Potrafi też odebrać sobie życie.

Koncepcje pedagogiczne powinny być wolne od wszelkich ideologii i wynikać jedynie z prawdy o człowieku. Wolna od ideologii obserwacja wychowanka, a zwłaszcza jego możliwości i ograniczeń — prowadzi do wniosku, że człowiek jest bardziej podobny do Boga niż do zwierzęcia, gdyż jest świadomy siebie i wolny, a dzięki temu potrafi myśleć, kochać i pracować. Ale właśnie ze względu na swoją świadomość i wolność potrafi krzywdzić samego siebie i innych ludzi. Zdecydowanie łatwiej przychodzi mu czynić zło, którego nie chce, niż dobro, którego pragnie. Właśnie dlatego rozwój spontaniczny czy wychowanie oparte jedynie na tolerancji i akceptacji, jest niebezpiecznym mitem. Gdy dostrzegamy faktyczne możliwości i ograniczenia człowieka, wtedy staje się dla nas oczywiste to, że nie jest możliwy spontaniczny rozwój dzieci i młodzieży. Jest natomiast możliwa spontaniczna degeneracja danego dziecka czy nastolatka.

Zadaniem realistycznych wychowawców jest kochać wychowanków i stwarzać im klimat bezpieczeństwa, a jednocześnie stawiać im roztropne wymagania, wspierać rozwój, demaskować zagrożenia, fascynować perspektywą dojrzałości, zaprawiać do wysiłku. Człowiek dojrzały to ktoś dobry i mądry jednocześnie. Nikt z wychowanków nie osiągnie takiej dojrzałości w sposób spontaniczny. Konieczny jest tu własny wysiłek dziecka czy nastolatka, a także odpowiedzialna pomoc wychowawcza ze strony dorosłych.

PUBLISHED 10 Mar 2010 CATEGORY
Dział: Czysty sex
COMMENTS

Czystość jest błogosławieństwem

Czystość to świadomość, że osoba
jest nieskończenie ważniejsza niż przyjemność.

Bóg stworzył ludzi po to, by kochali i by szukali radości, a nie po to, by pożądali i by szukali przyjemności. Czystość to trwanie w Bożej miłości. To świadomość, że moje serce pozostaje niespokojne, jeśli odnoszę się do samego siebie czy do drugiego człowieka w sposób inny niż pragnie tego Bóg. Warunkiem życia w czystości jest integracja cielesności, płciowości, seksualności i uczuciowości wokół miłości. Człowiek czysty to ktoś, kto kocha i kto nie chce brudzić siebie żadną myślą, słowem czy zachowaniem, które nie jest godne dziecka Bożego. Czystość chroni miłość i prowadzi do radości. Zaprzeczeniem czystości jest skupianie się na cielesności, instynktach i popędach oraz szukanie przyjemności za każdą cenę. Negatywne konsekwencje nieczystości bywają bolesne, począwszy od masturbacji i pornografii, a skończywszy na uzależnieniach, skrajnym egoizmie, demoralizacji, a nawet utracie zdrowia i życia.

Czystość to bycie darem dla drugiej osoby, a nieczystość to bycie złodziejem, który chce wykraść komuś godność i niewinność tak, jak złodziej usiłuje wykraść rzeczy, które do niego nie należą. Seksualność czysta to spotkanie dwóch osób, połączonych miłością małżeńską, a seksualność nieczysta to spotkanie dwóch popędów lub popędu z uległością. Miłość, która nie panuje nad popędem, nie jest prawdziwą miłością. Więź oparta na pożądaniu sprawia, że seksualność staje się przekleństwem, czyli miejscem wyrażania przemocy (do gwałtu włącznie) i miejscem przekazywania śmierci (do aborcji i AIDS włącznie). Natomiast miłość dojrzała owocuje wzruszającą bliskością i czułością. Czystość nie wynika z lęku przed ciałem, seksualnością czy przyjemnością. Wynika natomiast z postawienia miłości na pierwszym miejscu. Osoba jest tak niezwykłym dobrem, że jedynym właściwym odniesieniem do niej jest miłość oczyszczona z egoizmu i pożądania. Czystość chroni człowieka przed pokusą, by używać drugą osobę lub samego siebie (!) jako środka, a nie jako celu działania. Wartość osoby nieskończenie przewyższa przecież wartość przyjemności!

Biblia ukazuje zjednoczenie kobiety i mężczyzny jako wielką tajemnicę miłości (por. Rdz 1,27; 2,23). Chrystus w sposób stanowczy chroni nierozerwalną i czystą miłość małżeńską (por. Mt 19, 3-12). Małżeństwo jest jedyną formą więzi między kobietą a mężczyzną, w której współżycie seksualne może uzyskać w pełni osobowy i odpowiedzialny charakter. Chodzi tu przecież o więź nieodwołalną, wierną, wyłączną i płodną. Jedynie w małżeństwie opartym na takiej więzi seksualność respektuje podwójną wolę Boga: by chronić godność osoby w kontakcie seksualnym i by w sposób godny człowieka przekazywać życie. Współżycie seksualne jest najsilniejszym gestem bliskości i odpowiedzialności. Właśnie dlatego ludzie dojrzali i zdrowi psychicznie rezerwują współżycie do najsilniejszej więzi między kobietą a mężczyzną, jaka jest możliwa na tej ziemi, czyli do więzi małżeńskiej. Współżycie przed ślubem to jedynie spotkanie mężczyzny i kobiety. Współżycie po ślubie to spotkanie męża i żony, którzy są dla siebie nawzajem darem od Boga. Jeden ze studentów postawił mi pytanie o to, czy lepsze jest „czyste” współżycie przedmałżeńskie dwojga zakochanych czy też nieczyste współżycie małżeńskie, gdy dokonuje się poza kontekstem wzajemnej miłości. Odpowiedziałem rozmówcy, że nie musi wybierać między dwoma złymi alternatywami, gdyż uczeń Chrystusa ma pozytywną możliwość: dorastać do czystego współżycia w małżeństwie.

Czystość przedmałżeńska ogromnie ułatwia trwanie w czystości małżeńskiej. Czystość małżeńska to świadomość, że miłość nie jest chwilową namiętnością. Seksualność, która wyprzedza miłość, niszczy wolność, zabija entuzjazm i uczy egoizmu. Współżycie poza miłością jest gwałtem także w małżeństwie. Największym ciosem w czystość małżeńską jest zdrada małżeńska. Współżycie seksualne związane jest z przekazywaniem życia. Czystość chroni również tę sferę przed wypaczeniami. Jest gwarancją tego, że małżonkowie nie będą rozdzielać miłości małżeńskiej od miłości rodzicielskiej. Ponieważ czystość umacnia miłość małżeńską, to tym samym umacnia także miłość rodzicielską. Jednocześnie chroni przed współżyciem wtedy, gdy przekazywanie życia nie byłoby odpowiedzialne. Współżycie czyste respektuje współmałżonka: jego nastroje, stan zdrowia, przeżycia i potrzeby. Respektuje także rytm odpowiedzialnego rodzicielstwa. Kochający mąż nigdy nie zaproponuje żonie antykoncepcji po to, by zaspokoić swoje popędy. Antykoncepcja prowadzi do traktowania kobiety jak rzeczy, która powinna pozostawać nieustannie do dyspozycji mężczyzny.

Wzorem dla małżonków wszystkich czasów jest Maryja i Józef. Oni stworzyli najpiękniejszą historię czystej i wiernej miłości kobiety i mężczyzny. Ich historia to potwierdzenie, że fundamentem ludzkiej miłości jest więź z Bogiem oraz czystość i wierność małżonków.

PUBLISHED 29 Gru 2008 CATEGORY COMMENTS

Mężczyzna i kryteria dojrzałości

Dojrzały mężczyzna potrafi realistycznie myśleć,
wiernie kochać i solidnie pracować.

 

Mężczyzna zagrożony

Coraz częściej spotykamy niedojrzałych mężczyzn, którzy „potwierdzają” swą męskość piciem alkoholu, brutalnością, czy zaburzoną seksualnością. Coraz mniej jest mężczyzn dojrzałych, wolnych od uzależnień i szczęśliwych. Dzieje się tak najczęściej na skutek błędnego wychowania oraz na skutek powierzchownych relacji z osobami drugiej płci. Szczególnie negatywne w tym względzie zjawiska to stawianie przyjemności na czele hierarchii wartości, a także promocja walki (feminizm) lub izolacji (homoseksualizm) między kobietami i mężczyznami. W zamyśle Bożym płciowość pomaga nam odkryć fakt, że nie jesteśmy samowystarczalni i że do pełni rozwoju potrzebujemy kontaktu z osobami drugiej płci.

Chrystus wzorem mężczyzny

Najpewniejsze kryteria dojrzałości mężczyzny odnajdujemy w Ewangelii. Najlepszym wzorcem takiej dojrzałości jest Syn Boży, który w ludzkiej naturze stał się mężczyzną. Naśladowanie Jego słów i czynów oraz Jego postawy wobec kobiet gwarantuje każdemu mężczyźnie — świeckiemu i duchownemu — osiągnięcie optymalnej dojrzałości. Mężczyzna, który nie naśladuje Chrystusa, ma poważne trudności, by stać się dojrzałym mężem, ojcem, księdzem czy zakonnikiem. Ma poważne problemy z wyborem drogi życia. Mężczyźni niezdolni do podjęcia decyzji na zawsze, to wiecznie „młodzi chłopcy”, którzy chcą się bawić życiem, a w konsekwencji nie potrafią realistycznie myśleć, dojrzale kochać ani solidnie pracować.

Duchowość i wychowanie

Warunkiem osiągnięcia dojrzałości przez mężczyzn jest wypływanie na duchową głębię. Własną tożsamość może odkryć tylko człowiek ducha, a nie ktoś skupiony na cielesności, emocjonalności czy popędach. Duchowość to zdolność człowieka do zrozumienia samego siebie i sensu życia. Jan Paweł II fascynował miliony chłopców i mężczyzn nie tylko swoim sposobem bycia kapłanem, ale też swoim sposobem bycia mężczyzną w kontakcie z Bogiem i z ludźmi. Czytelnym wzorcem dojrzałego mężczyzny jest św. Józef, który był wiernym przyjacielem Boga, niezawodnym wsparciem dla kobiety, a także wychowawcą i odważnym obrońcą dziecka. Kształtowanie mężczyzn na miarę św. Józefa czy Jana Pawła II zaczyna się w dzieciństwie, a podstawowe znaczenie ma tu dojrzała postawa obojga rodziców. Istotną rolę w formowaniu chłopców i mężczyzn pełnią grupy formacyjne w parafii, takie jak ministranci, oaza, KSM, duszpasterstwo akademickie czy duszpasterstwo rodzin, a także ci kapłani, którzy są szlachetnymi ojcami duchowymi dla dzieci i młodzieży. W obecności szczęśliwych ojców i świętych kapłanów chłopcy doświadczają radości stawania się dojrzałym mężczyzną.

Kobieta - matka i wychowawczyni mężczyzny

Na formowanie mężczyzny niezwykle silny wpływ ma kobieta: matka, siostra, żona, koleżanka w szkole czy w pracy. Każda kobieta jest matką (fizyczną lub duchową) i wychowawczynią. Właśnie dlatego kluczem do wychowania dojrzałych mężczyzn jest formowanie dojrzałych i szczęśliwych kobiet, świadomych swego piękna i uroku, a jednocześnie swej godności i powołania do świętości. Takie kobiety - Boże księżniczki - będą uczyły mężczyzn odnoszenia się do nich z szacunkiem i miłością. Natomiast kobiety niedojrzałe i nieszczęśliwe przyczyniają się do deformowania mężczyzn. Przykładem są matki, które akceptują u swoich synów takie zachowania, których słusznie nie akceptują u męża, albo kobiety, która godzą się na to, by były pożądane zamiast kochane. Niestety coraz więcej jest kobiet, które pozwoliły się zredukować do roli pracownicy albo do roli przedmiotu, którym mężczyźni posługują się dla własnej wygody czy przyjemności. Coraz więcej jest też naiwnych kobiet, które ulegają seksualnemu szantażowi swoich „partnerów”, rezygnują ze swej godności i marzeń o byciu kochaną oraz w drastyczny sposób niszczą swój organizm antykoncepcją, nikotyną czy alkoholem. Kobietom najłatwiej rozwijać się u boku dojrzałych i szczęśliwych mężczyzn, którzy chronią je ze stanowczością, jakiej uczy nas Chrystus — największy przyjaciel i obrońca kobiet w całej historii ludzkości.

Demaskować mity i fascynować miłością

W dominującej obecnie niskiej kulturze proponuje się zwykle to, co niszczy tożsamość mężczyzny oraz co czyni go niezdolnym do dojrzałych więzi z kobietą. W wielu środowiskach powtarzane są slogany o „wolnych związkach”, o „bezpiecznym” seksie czy o tym, że przyjemność ważniejsza jest od osoby. Pierwszą formą obrony przed tymi wypaczeniami jest powrót do rzeczywistości, czyli uświadomienie sobie oczywistego faktu, że bez miłości poszczególni ludzie nie mają radości, małżonkowie nie mają dzieci, a społeczeństwo nie ma przyszłości. Tylko dzięki odpowiedzialnej i wiernej miłości spotkanie kobiety i mężczyzny staje się powrotem do raju, a mężczyzna uczy się być niezawodnym obrońcą i bezpiecznym sejfem dla kobiety.

PUBLISHED 19 Lis 2009 CATEGORY COMMENTS

Kobieta mówi, gdy kocha

Z ks. dr. Markiem Dziewieckim, psychologiem i autorem książek, rozmawia Agnieszka Warecka.

 

„Kobieta niech milczy w kościele” - słowa Apostoła Narodów wydawały się być sprzeciwem wobec aktywizacji publicznej niewiast. A przecież mamy Maryję i grzesznicę Magdalenę, że nie wspomnę o szeregu współczesnych świętych... Skąd ten surowy ton?

 

To nie jest ton Ewangelii. To wypowiedź św. Pawła, który w tym aspekcie miał jeszcze mentalność Starego Testamentu. Cytowana wypowiedź dotyczy wyłącznie norm liturgicznych, a nie życia małżeńskiego, rodzinnego, zawodowego czy społecznego. Chrześcijaństwo jest tą religią, która najbardziej broni kobiety i jej godności. Za cudzołóstwo Żydzi kobietę kamienowali, a mężczyznę puszczali wolno. Tymczasem Jezus zrewolucjonizował postawę mężczyzn, ucząc ich szacunku i miłości do kobiet. Św. Paweł też to zrozumiał, gdyż nauczał, że mąż powinien kochać żonę jak własne ciało.

 

Kobieta wprawdzie nie ma święceń kapłańskich, ale jest prawdziwą kapłanką domowego ogniska. Geniusz kobiecy najpełniej przejawia się w relacjach międzyludzkich - w wychowaniu i przyprowadzaniu swoich bliskich do Boga. Mówiąc z uśmiechem, dojrzała kobieta potrafi nawet z mężczyzny uczynić człowieka. To kobieta przyprowadza zwykle swoich bliskich do Boga, a w sprawach wiary i wychowania mówi bardzo głośno.

 

W książce „Jak wygrać kobiecość?” sugeruje Ksiądz, że Syn Boży stał się mężczyzną po to, by chronić niewiasty. Ale też, że te, które Go spotkały, zmieniały się.

 

Tak, kobiety kontaktujące się z Jezusem albo już były szlachetne, albo stawały się takimi pod Jego wpływem. Na kartach Ewangelii nie ma ani jednej kobiety, która po zetknięciu się z Chrystusem byłaby nadal postacią negatywną. Zwykle kobiety bardziej owocnie niż mężczyźni przyjmują miłość i ją odwzajemniają.

 

Przykładem jest chociażby Matka Teresa z Kalkuty czy jeszcze wcześniej Hildegarda z Bingen, reformująca klasztory. W myśleniu i działaniu wyprzedzały swoją epokę. Czy możemy mówić tu o chrześcijańskim feminizmie?

 

Pierwsza zasada nowej ewangelizacji brzmi: kochać i milczeć. To właśnie kobiety najpierw kochają, a dopiero później mówią. Matka Teresa nie głosiła wielkich katechez, ale swoją miłością do ubogich i porzuconych mówiła o Chrystusie równie głośno jak Jan Paweł II. Jeżeli kobieta stanie się drugą Maryją, zawsze jej głos będzie słyszany w Kościele.

 

Im bardziej kobieta jest blisko Boga, tym bardziej staje się sobą...

 

Na co dzień przekonuję się o tym, że dziewczęta, które czują się kochane przez Boga, łatwiej upewniają się o swojej godności i swym kobiecym geniuszu. Chociaż tęsknią za małżeństwem i rodziną, to są bardziej niezależne od mężczyzn niż ich koleżanki. Natomiast te dziewczęta, które tracą więź z Bogiem, w pogoni za choćby namiastkami miłości i czułością bywają ofiarami tych mężczyzn, którzy nie potrafią kochać. Więź z Bogiem jest podstawą rozwoju kobiety, która w swej wrażliwości potrzebuje wyjątkowego wsparcia. Kobiety mogą być albo Bożymi perełkami, albo ryzykować popadnięcie w głęboki kryzys.

 

Jak Ewa, która skusiła Adama. A swoja drogą, skoro dał się skusić, to chyba ją kochał?

 

Gdyby kochał, to byłby mądrzejszy! Szatan, chcąc zapanować nad ludzkością, musi najpierw skusić jej mądrzejszą część. Szlachetna żona czy matka potrafi dźwignąć mężczyznę z kryzysu i czasami chronić go przed nim samym, przed jego własną słabością. Przykładem jest św. Monika, która modliła się tak wytrwale, aż przemieniła syna w jedną z najwspanialszych postaci wszechczasów. Kobieta w kryzysie natomiast pociąga za sobą mężczyznę do zła, jak to było w przypadku pierwszych ludzi. Feministki proponują kobietom nie tylko walkę z mężczyznami, ale też walkę z własną kobiecością. Zamiast uczyć mężczyzn wrażliwości i szlachetności, ograniczają się do tego, by naśladować męski sposób życia. To nie jest równouprawnienie, lecz raczej samobójstwo kobiecości.

 

Matce św. Augustyna się udało. A jeśli Bóg pozostaje głuchy na prośby?

 

Wolą Bożą nigdy nie jest to, by ktoś błądził i by nie kochał. Jeśli szlachetna kobieta mądrze i szlachetnie walczy o mężczyznę, który jest w kryzysie, to Bóg zawsze staje po jej stronie i cierpi razem z nią. Z drugiej strony Bóg respektuje wolność człowieka i dlatego szansa na uratowanie mężczyzny w kryzysie jest tym większa, im dojrzalsza jest kobieta, która ma na niego wpływ. Najpierw musi ona wychować samą siebie. Jedynie kobieta świadoma swojej godności i siły staje się atrakcyjna dla mężczyzny.

 

A jeśli, czuje, że mino wszystko przegrywa, to czy na przykład powinna zostawić pijanego męża na wycieraczce pod drzwiami?

 

Dlaczego syn marnotrawny zastanowił się i wrócił? Dlatego, że ojciec kochał go mądrze i nie przeszkadzał mu ponosić bolesnych konsekwencji popełnianych przez syna błędów. Jezus uczy nas takiej właśnie mądrej miłości. To miłość wyrażana w sposób dostosowany do zachowania tej drugiej osoby. Taka miłość nie ma nic wspólnego z naiwnością czy litością. Jeśli alkoholik krzywdzi żonę i dzieci, to ona ma prawo do obrony, z wezwaniem policji i separacją małżeńską włącznie. Kościół dopuszcza takie rozwiązanie, gdyż kobieta nie łamie wtedy przysięgi małżeńskiej. Jeśli nie wiąże się z innym mężczyzną, to może trwać na drodze do świętości. W małżeństwie tylko miłość jest bezwarunkowa. Natomiast wspólnota majątkowa, współżycie seksualne czy wspólne wychowywanie dzieci mają sens tylko pod warunkiem, że kochają obie strony.

 

„Kod Leonardo da Vinci” i „Ostatnie kuszenie Chrystusa” sytuują Magdalenę u boku Chrystusa. Może to wyraz tęsknoty za obecnością kobiety blisko Boga?

 

Twórcy tego typu powieści kierują się raczej szukaniem zarobku i rozgłosu niż uczciwą refleksją nad człowiekiem. Fakt, że znajdują oni licznych czytelników potwierdza, że Chrystus zawsze fascynuje! Paradoksalnie więc czytanie książek nawet wypaczających spojrzenie na Jego miłość i życie, potwierdza, że wiele osób szuka Jezusa po omacku. Sugerowanie, że ze związku z Marią Magdaleną rodziły się dzieci, to tylko prowokacja, a nie forma upomnienia się o rolę kobiet w historii zbawienia. Kobiety w Kościele mogą być na różne sposoby bardziej obecne niż dotąd, ale najważniejszą formą ich obecności pozostanie zawsze wychowanie. To przecież kobiety wychowują księży, łącznie z papieżem.

 

Ksiądz chętnie określa kobiety jako kapłanki domowego Kościoła. Wiemy jednak, że one łatwo ulegają egzaltacji. Jak je chronić?

 

Czasami żartuję i mówię, że Bóg popełnił tylko jeden błąd przy stwarzaniu człowieka: albo powinien uczynić kobiety mniej wrażliwymi, albo mężczyzn bardziej podobnymi do kobiet. Kobieta wnosi w życie mężczyzny delikatność, wrażliwość, radość i miłość, gdyż jest genialną specjalistką od świata osób. W obliczu kryzysu wciąż kocha i modli się. Mężczyzna natomiast zapewnia jej poczucie bezpieczeństwa i - jak Mały Książę - osłania różę swojego życia od wiatru zmiennych nastrojów. Cierpliwość oraz stanowczość mężczyzny w dobru to najlepsza forma pomagania kobiecie w pogodnym radzeniu sobie ze zmiennością emocjonalną.

 

Jednak Mały Książę zbuntował się i stwierdził, że kwiaty są tylko do oglądania i wąchania. Mówi się, że dziewczyna powinna być ładna, a nie mądra, gdyż chłopak woli patrzeć zamiast słuchać.

 

Mały Książę sam odkrył z czasem, że początkowo nie potrafił rozumieć i kochać róży swego życia. Później jednak do niej powrócił nawet za cenę życia. Współczesna niska kultura szantażuje dziewczęta, wmawiając im, iż ich wartość oraz powodzenie u mężczyzn zależy głównie od sylwetki i wyglądu zewnętrznego. Tymczasem szlachetna dziewczyna - „Boża księżniczka” - stawia chłopcom takie wymagania, że oni zaczynają fascynować się nią głównie ze względu na piękno jej wnętrza, które nie przemija. Mądra dziewczyna wie, że warto się związać jedynie z kimś, kto potrafi kochać.

 

Bycie Bożą księżniczką kształtuje się od dzieciństwa. Zadaniem ojców jest ochraniać córki, otaczać je czułością, podziwem i szacunkiem. Wtedy mają one dobry wzór mężczyzny i tym kryterium mierzą kandydatów na mężów. Dojrzała nastolatka nie szuka kopii swojego taty, ale kogoś równie dojrzałego, troskliwego i szlachetnego. Dla dziewczyny, która nie ma prawidłowego wzoru ojca, każdy chłopak może wydawać się księciem z bajki. Podobnie jak dla ludzi nieszczęśliwych szalenie atrakcyjny wydaje się alkohol.

 

Mając ojca alkoholika, dziewczyna wybiera zwykle męża z podobnym problemem...

 

Niestety tak się często zdarza. Dziewczyna z rodziny alkoholowej całym sercem marzy o odpowiedzialnym i trzeźwym mężu, a często wybiera innego kandydata, gdyż sądzi, że wie, jak się przy nim zachować. Wierzy, że nie popełni błędów swojej mamy i że go uratuje. Zwykle wtedy przegrywa...

 

Jak zatem wychować „Bożą perełkę”?

 

Tylko szczęśliwi i kochający się wzajemnie rodzice mogą wychować szczęśliwe córki. A jak to zrobić? Kochając i wymagając. Miłość bez stawiania wymagań prowadzi do rozpieszczania dzieci i do „wychowania” ich na egoistów, którzy nie poradzą sobie z życiem. Z kolei wymagania bez miłości prowadzą do buntu i zniechęcenia. Geniusz wychowawczy przejawia się w tym, że rodzice fascynują dzieci perspektywą rozwoju i dorastania do radosnej świętości.

 

A jeśli rodzicom wydaje się, że ich trud idzie na marne?

 

Jeżeli rodzice szlachetnie wychowali swoje potomstwo, to owoce przyjdą. Dorastające dzieci muszą czasem trochę pocierpieć, gdy błądzą, by zmądrzeć, ale dobre rady i modlitwy rodziców przyniosą pozytywny skutek. Trzecim, obok miłości i wymagań, warunkiem mądrego wychowania jest demaskowanie zagrożeń. Warto rozmawiać o tym, co złego dzieje się w szkole czy w środowisku rówieśniczym. Trzeba chronić dzieci przed chorą filozofią życia, lansowaną przez liberalne media.

 

Skoro macierzyństwo fizyczne jest połączone z macierzyństwem duchowym oraz geniuszem wychowawczym, to czy połączenie domu i kariery zawodowej jest w przypadku kobiety możliwe?

 

Sądzę, że tak. Trzeba jednak zachować mądre proporcje. Powołanie rodzicielskie i praca zawodowa nie wykluczają się pod warunkiem, że ta druga będzie podporządkowana potrzebom w rodzinie. Ktoś, kto umie kochać, umie też pracować. Jedyne, czego się boję, to sugerowanie kobietom, że „nowoczesne” i szczęśliwe stają się wtedy, gdy robią karierę zawodową. Tymczasem największym sukcesem kobiety jest bycie ogromnie kochaną przez męża i dzieci. Kobieta rozkwita, gdy może obwieścić światu, że tym, których kocha, pomaga stawać się najpiękniejszą wersją samych siebie.

 

Dziękuję za rozmowę.

PUBLISHED 29 Gru 2008 CATEGORY COMMENTS

Tajemnica kobiecości

„Słabsza” płeć?

 

Kobieta bywa nazywana płcią „słabszą”. Jest to błędne określenie, gdyż kobiety żyją statystycznie dłużej od mężczyzn, a ich organizm dysponuje zdumiewającą odpornością i wytrwałością. Mężczyzna jest silniejszy zwykle tylko wtedy, gdy chodzi o jednorazowy wysiłek, np. w podnoszeniu ciężarów. Tymczasem kobieta potrafi wytrwać całymi godzinami na „dyżurze” jako żona, matka, córka czy przyjaciółka. Potrafi dosłownie dniami i nocami znajdować czas i siły dla ludzi, którzy potrzebują jej obecności i pomocy. Zdrowie fizyczne jest dla kobiety cennym narzędziem miłości. Właśnie dlatego powinna ona troszczyć się o swój organizm, o zdrowy tryb życia i odżywiania. Poważnym zagrożeniem w tym względzie jest sięganie po nikotynę, alkohol czy leki psychotropowe. Wielkie szkody wyrządzają tabletki antykoncepcyjne, gdyż niszczą one nie tylko zdrowie fizyczne, ale też równowagę emocjonalną. Troska kobiety o własne zdrowie i wygląd powinna być połączona z troską o rozwój duchowy, gdyż poczucie bezpieczeństwa, oparte na fizycznej sprawności czy atrakcyjności, jest nietrwałe i zawodne.

 

Kobieta dysponuje zaskakującą siłą i odpornością, gdyż jej ciało dostosowane jest do funkcjonowania w świecie osób, w którym trzeba być zawsze na „dyżurze”.

 

Chrystus i kobiety

 

Przyjmując postać człowieka, Syn Boży stał się mężczyzną po to, by chronić godność kobiet i troszczyć się o ich los. Jezus dokonał w tym względzie największej rewolucji w historii ludzkości. Uczył mężczyzn szacunku i wdzięczności wobec kobiet, a jednocześnie stanowczo przestrzegał przed wyrządzaniem kobietom krzywdy nie tylko czynem, ale nawet pożądliwym spojrzeniem. Ewangelia ukazuje niezwykły fakt, że wszystkie kobiety, które spotykały Jezusa, stawały się zdolne do zdumiewającej miłości, wierności i odwagi. Nawet te, które przeżywały kryzys, w obecności Jezusa nawracały się i doznawały głębokiej przemiany. Tymczasem wielu mężczyzn odchodziło od Jezusa. Nawet Jego najbliżsi uczniowie opuścili Go na drodze krzyżowej, a jeden z nich Go zdradził. Kobieta, która jest zaprzyjaźniona z Chrystusem, rozkwita w swej kobiecości. Promieniuje wrażliwością, głębią i radością, która pociąga i przemienia mężczyzn.

 

Jezus uczy mężczyzn patrzenia na kobiety w sposób szlachetny i czysty, a kobietom pomaga dorastać do ich niezwykłego geniuszu

 

Kobieta: matka i wychowawczyni

 

Najbardziej niezwykłą cechą kobiety jest jej zdolność do bycia matką. Jest to zdolność nieosiągalna dla mężczyzn. Macierzyństwo to najbardziej czytelny przejaw miłości na tej ziemi. Kobieta — matka ofiaruje część swego ciała i krwi, aby mógł w niej pojawić się i żyć nowy człowiek. Przez dziewięć miesięcy staje się mieszkaniem dla własnego dziecka. Później już do końca życia ofiaruje resztę swego ciała i krwi, by jej dziecko mogło się rozwijać i być szczęśliwe. Dojrzałe macierzyństwo fizyczne zawsze jest połączone z macierzyństwem duchowym i z geniuszem wychowawczym. Może istnieć dojrzałe macierzyństwo duchowe bez fizycznego, ale nie odwrotnie. Każda kobieta jest z natury matką i wychowawczynią. Może być jednak drugą Ewą, która karmi siebie i innych toksycznymi iluzjami i buduje cywilizację śmierci, albo drugą Maryją, która karmi siebie i innych Bożą miłością i prawdą i buduje cywilizację życia.

 

Miłość macierzyńska jest fundamentem cywilizacji miłości i życia.

 

Prawdziwe równouprawnienie

 

Niektórzy mężczyźni bywają cyniczni i okrutni wobec kobiet. Wykorzystują je do swoich egoistycznych celów i traktują jak własność. Odnoszą się do kobiet z agresją i traktują je jak rzeczy, a nie jak osoby. Lekceważą kobiety i gardzą nimi. Oceniają je według twardych wymagań moralnych, których jednak nie mają zamiaru stosować we własnym życiu. W tego typu sytuacjach słuszne jest rozgoryczenie skrzywdzonych czy poniżanych kobiet: matek, żon, sióstr, córek, kobiet aktywnych zawodowo i społecznie. Jednak dojrzała kobieta wie, że podstawą prawdziwego równouprawnienia i ochrony kobiecości nie jest ani walka z mężczyznami, ani działalność feministycznych aktywistek, ani wprowadzenie korzystnych regulacji prawnych. To przecież nie od parlamentu czy konstytucji zależy to, w jaki sposób mężczyźni odnoszą się do kobiet w domu, w szkole, na ulicy, na dyskotece czy w miejscu pracy. To zależy najbardziej od samych kobiet, od ich osobistej dojrzałości i od ich sposobu wychowywania mężczyzn.

 

Od tego, jak matki wychowują swoich synów zależy sposób, w jaki mężczyźni odnoszą się do kobiet.

PUBLISHED 29 Gru 2008 CATEGORY
Dział: Małżeństwo
COMMENTS

Małżeństwo: tolerancja czy cierpliwa miłość?

 

Kto kocha, ten jest cierpliwy,

ale nigdy nie toleruje zła.

 

W Europie jest obecnie agresywnie promowana ideologia liberalizmu. Liberał to człowiek, który uważa siebie za „nowoczesnego” i „postępowego” a w rzeczywistości jest to ktoś, kto nie ma trwałych więzi ani solidnych wartości i kto jest bezkrytyczny wobec aktualnie dominujących ideologii. A wszelkie ideologie człowiek tworzy po to, by uciekać od prawdy, która niepokoi oraz od miłości, która stawia wymagania.

Jednym z najgroźniejszych mitów ideologii liberalnej jest stawianie tolerancji na czele hierarchii wartości. Tymczasem tolerancja odnosi się do dziedziny smaków i gustów. Nie odnosi się natomiast do sposobów postępowania. Człowiek jest bowiem kimś, kto potrafi krzywdzić samego siebie i innych ludzi. Krzywdy te mogą być aż tak poważne, że w każdym społeczeństwie istnieje kodeks karny, który broni ofiary przed katami.

Tolerancja byłaby rozsądnym sposobem na relacje międzyludzkie wyłącznie wtedy, gdyby żaden człowiek nigdy nie krzywdził ani samego siebie, ani innych ludzi.
Ci, którzy stawiają tolerancję na czele hierarchii wartości – i którzy zwykle nawet nie wspominają o istnieniu innych, większych wartości! - to ludzie przewrotni lub skrajnie naiwni. Człowiek mądry wie, że w odniesieniu do osób szlachetnych tolerancja to stanowczo za mało, a wobec krzywdzicieli tolerancja to stanowczo za dużo. Właśnie dlatego w Piśmie Świętym ani razu nie występuje słowo tolerancja. Bóg zachęca nas do tego, byśmy do wszystkich ludzi odnosili się z miłością, a nie ledwie z tolerancją. A miłość oznacza, że tym, których kocham, mówię prawdę o ich zachowaniach i nie przyglądam się biernie błędom, które popełniają.

Małżeństwo oparte jest na miłości i prawdzie, a nie na tolerancji
. Małżonkowie ślubują sobie wzajemną miłość, w dobrej i złej doli aż do śmierci. Prawdziwa miłość jest zawsze cierpliwa, ale nigdy nie jest „tolerancyjna”, gdyż tolerować to być obojętnym na los drugiego człowieka. Jezus nigdy nie był tolerancyjny, właśnie dlatego, że kochał. A kochać to stawiać wymagania po to, by kochana przeze mnie osoba uczyła się kochać coraz dojrzalej. W mądrej miłości – a innej nie ma! – obowiązuje zasada: to, czy kocham ciebie, zależy ode mnie, ale to, w jaki sposób wyrażam moją miłość do ciebie, zależy od twojego postępowania. Tego uczy nas Jezus, który ludzi szlachetnych wspierał, bronił, uzdrawiał i umacniał. Z kolei ludzi błądzących stanowczo upominał, a faryzeuszy publicznie demaskował po to, by nie mogli już więcej krzywdzić innych ludzi.

Zadaniem małżonków jest odnoszenie się do siebie z miłością wierną, czułą, wytrwałą, radosną i bardzo cierpliwą, a jednocześnie z miłością mądrą, czyli dostosowaną do zachowania tej drugiej osoby. Najbardziej radosną formą miłości małżeńskiej jest codzienne, cierpliwe potwierdzanie małżonkowi, że dzisiaj też jest przez nas nieodwołalnie kochany i chroniony. Gdy małżonek odpowiada miłością na miłość, gdy swoim bliskim okazuje troskę, czułość i wsparcie, wtedy współmałżonek powinien chętnie okazywać wdzięczność, radość, czułość, zaufanie. Jednak wtedy, gdy małżonek przestaje okazywać miłość, to zadaniem współmałżonka jest wyrażanie niepokoju z tego powodu i podjęcie rozmowy na temat zaistniałej sytuacji. Trzeba rozmawiać bez agresji i cierpliwie, ale też w stanowczy sposób należy przypominać tej drugiej osobie o tym, że ślubowała nam miłość i że nie oczekujemy od niej niczego innego, jak tylko tego, by była wierna własnej przysiędze. Gdy mimo tego typu cierpliwych, a jednocześnie stanowczych rozmów, małżonek nie zmienia się, nie wraca do pierwotnej miłości, gdy zaczyna krzywdzić samego siebie (na przykład przez nadużywanie alkoholu, uleganie lenistwu, wiązanie się z nieodpowiedzialnymi znajomymi) wtedy obowiązkiem współmałżonka jest stanowcze upominanie błądzącego, z całym szacunkiem i cierpliwością, ale bez ukrywania przed nim bolesnej prawdy o jego postępowaniu.

Na najtrudniejszą próbę wystawione jest małżeństwo wtedy, gdy jeden z małżonków przeżywa aż tak poważny kryzys, że nie tylko krzywdzi samego siebie, ale wyrządza też krzywdę współmałżonkowi i dzieciom. Wtedy pozostali członkowie rodziny powinni się stanowczo bronić. W mądrej miłości, której uczy nas Jezus, obowiązuje zasada:
to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził! Także w małżeństwie jedynie miłość jest nieodwołalna. Cokolwiek złego uczyni małżonek, to współmałżonek nie powinien przestać go kochać. Ale wszystko inne w małżeństwie (np. wspólne mieszkanie, wspólne wychowywanie dzieci, współżycie seksualne, wspólnota majątkowa) jest pod warunkiem, że i ty mnie kochasz. Jeśli mimo stanowczych rozmów i łez bólu ze strony krzywdzonego małżonka, krzywdziciel nie koryguje swego postępowania, to Kościół daje krzywdzonemu małżonkowi prawo do skutecznej obrony siebie i dzieci, do separacji małżeńskiej włącznie. Im wcześniej i z im większą stanowczością reaguje małżonek na błędy męża czy żony, tym większa jest szansa, że ta druga strona zastanowi się i zmieni, gdyż na razie przeżywa początki kryzysu. Najgorszym rozwiązaniem jest tolerowanie błędów małżonka w nadziei, że on sam kiedyś zastanowi się i zmieni. Taka postawa oznacza w praktyce przyzwalanie małżonkowi na wchodzenie w kolejne, coraz bardziej dramatyczne fazy kryzysu.

Najlepszą metodą rozwiązywania problemów małżeńskich jest niedopuszczanie do tego, by one się w ogóle pojawiły
. Zło zwycięża się dobrem, a tym dobrem, które najbardziej chroni przed złem, jest miłość. Największe szanse na uniknięcie problemów małżeńskich mają ci małżonkowie, którzy solidnie przygotowali się do zawarcia związku. Decyduje tu zatem dobry punkt wyjścia. Tym punktem wyjścia nie jest pożądanie ani zakochanie, lecz cierpliwa i stanowcza miłość, jakiej uczy nas Chrystus. Najłatwiej trwają w takiej miłości ci małżonkowie, którzy dbają o osobistą przyjaźń z Bogiem, którzy wspólnie się modlą i którzy kierują się mądrą hierarchia wartości, na czele której jest miłość, prawda, uczciwość, wierność i odpowiedzialność, a nie tolerancja.

PUBLISHED 29 Gru 2008 CATEGORY
Dział: Rodzina
COMMENTS

Rodzice i dzieci w obliczu rozstania

„Opuści mężczyzna ojca i matkę...”

Więzi z niedojrzałymi rodzicami
mogą zamienić się w uwięzienie
albo prowokować dzieci do buntu.

 

Sposób opuszczenia domu rodzinnego przez syna czy córkę po to, by założyć własną rodzinę, to weryfikacja więzi dorastającego dziecka z jego rodzicami, a jednocześnie to sprawdzian solidności wychowania otrzymanego przez dziecko w domu rodzinnym.

Bezkonfliktowe opuszczenie rodziców po to, by założyć własną rodzinę, to prawdziwe błogosławieństwo zarówno dla rodziców, jak i dla ich odchodzących dzieci. Gdy natomiast rodzice przeżywają kryzys miłości małżeńskiej lub gdy nie potrafili wychować dzieci w mądry i odpowiedzialny sposób, wtedy zarówno rodzice jak też ich dorastające dzieci mają poważne problemy z dojrzałym przeżywaniem okresu rozstania. Opuszczanie domu przez dorastającego syna czy córkę to okres trudny w każdym przypadku i dla obu stron, gdyż wymaga znalezienia nowej równowagi we wzajemnych relacjach między rodzicami a dorosłym dzieckiem.


1. Postawy skrajne: ucieczka z domu albo lęk przed odejściem

W okresie uczenia się samodzielności i wchodzenia w dorosłe życie, błędne postawy grożą zarówno rodzicom, jak też ich dorastającym synom czy córkom. Najbardziej bolesne błędy ze strony rodziców to postawy skrajne. Pierwsza skrajność przejawia się w emocjonalnym odrzuceniu dziecka, a skrajność druga to dążenie do psychicznego „uwięzienia” syna czy córki. Odrzucenie oznacza, że rodzice okazywali dziecku zbyt mało miłości i czułości i że w konsekwencji dziecko przez całe lata czuło się obco we własnym domu. Takie dziecko ma wprawdzie „wolną rękę”, by odejść wtedy, gdy nadchodzi czas samodzielnego życia, ale ma trudności w założeniu własnej szczęśliwej rodziny, gdyż trudno mu uwierzyć w miłość. Druga skrajność ze strony rodziców to sytuacja, w której przyjmują oni wprawdzie swe dzieci z miłością i troską, ale nie godzą się na ich usamodzielnienie się. Wtedy więzi rodzicielskie stają się toksyczne. Niedojrzali i nieszczęśliwi rodzice czynią wszystko, by wyrobić u dorastającego dziecka poczucie zagrożenia przed światem („tylko z nami możesz być szczęśliwy”) i starają się wzbudzić w nim poczucie winy („jeśli opuścisz dom, to zrobisz nam wielką krzywdę a my stracimy sens życia”).

Z kolei typowe błędy ze strony dorastających dzieci to bunt wobec rodziców i ucieczka z domu, albo przeciwnie - lęk przed odejściem, poczucie bezradności w obliczu wyzwań dorosłości i egoistyczne „przyssanie się” do rodziców. Bunt może przybierać różne formy: od agresji słownej i unikania osobistych rozmów z rodzicami do ucieczki z domu oraz agresji i nienawiści wobec rodziców. Nawet jeśli rodzice popełnili wiele błędów, to zwykle bunt dziecka kończy się przysłowiową ucieczką z deszczu pod rynnę. Nieszczęśliwe dzieci mają bowiem tendencję do tego, by w swym dorosłym życiu łączyć się z ludźmi, którzy też są nieszczęśliwi albo z tymi, którzy są cyniczni i którzy szukają naiwnej ofiary, by żyć jej kosztem. Skrajność druga ze strony nastolatków to niezdolność do opuszczenia domu rodzinnego, pozostawanie w sytuacji „wiecznego dziecka”, zalęknionego perspektywą samodzielności oraz koniecznością podejmowania obowiązków, jakie niesie samodzielne życie. U dziewcząt lęk przed opuszczeniem domu może przybrać nawet postać anoreksji. W tym kontekście choroba ta oznacza (nieświadome!) pragnienie pozostanie małą dziewczynką, która nie musi jeszcze rozpoczynać autonomicznego życia. Coraz częściej pozostawanie dorosłych już dzieci w domu rodzinnym jest przejawem wygodnictwa. To przecież wygodnie jest żyć na koszt rodziców i ciągle uchodzić za nastolatka.


2. Dziecko nie jest własnością rodziców

Uniknięcie powyższych postaw skrajnych zależy zwykle w większym stopniu od rodziców niż od ich dzieci. Harmonijne rozstanie jest możliwe wtedy, gdy rodzice respektują podstawowe zasady, którymi powinni kierować się w odniesieniu do dzieci. Zasada pierwsza brzmi: dziecko nie jest własnością rodziców! Nie jest „polisą ubezpieczeniową”, która ma zapewnić rodzicom pogodną starość. Radosną jesień życia mogą zapewnić sobie rodzice sami, gdy nie tylko mądrze wychowują dzieci (aby cieszyć się ich miłością i ich szczęściem!) ale też wtedy, gdy mąż i żona troszczą się o wzajemną, czułą i ciągle młodzieńczą miłość. Tylko bowiem wtedy mogą być dla siebie źródłem wsparcia i radości w okresie, gdy ich dorosłe już dzieci opuszczą dom rodzinny. Dojrzali rodzice wiedzą o tym, że nadal są kochani przez odchodzące dzieci, ale że sensem życia ich dzieci nie jest „poświęcanie się” rodzicom. Dojrzali rodzice sami wyjaśniają swym córkom czy synom, że gdy założą oni swoje rodziny, to odtąd troska o małżonka i dzieci będzie miała pierwszeństwo przed troską o rodziców. Ewangelia jest w tym względzie jednoznaczna. Jezus wyjaśnia, że mężczyzna opuści matkę i ojca po to, by złączyć się z kobietą i by założyć własną rodzinę (por. Mt 19, 5). Szczęśliwe dzieci szczęśliwych rodziców kochają ojca i matkę także po założeniu własnej rodziny, ale wiedzą, że mogą osobiście opiekować się rodzicami czy teściami na tyle, na ile można to harmonijnie pogodzić z troską o własną rodzinę. Nie można natomiast pomagać rodzicom czy teściom kosztem małżonka i dzieci. Żadne dorosłe dziecko nie powinno „ratować” małżeństwa swoich rodziców w taki sposób, że prowadzi to do kryzysu czy rozpadu jego własnego małżeństwa.

Im większą wolność — poszerzaną stopniowo! - pozostawiają rodzice swemu dziecku w odkrywaniu własnego powołania, tym częściej dziecko wraca do matki i do ojca po „wyfrunięciu” z rodzinnego gniazda i tym chętniej podtrzymuje ono radosne więzi z rodzicami. Podobnie im bardziej dojrzale wychowują rodzice swoje dziecko, tym bardziej są spokojni o jego przyszłość. Im bardziej kochają siebie nawzajem, tym łatwiej puszczą dzieci w dorosłe życie, gdyż cieszą się wzajemną miłością oraz tym, że potrafią kochać i wspierać swoje dzieci także na odległość. Małżonkowie, którzy również po przyjściu dzieci na świat, troszczą się o rozwój wzajemnej miłości, nie mają zatem potrzeby, by zatrzymywać dorastające dzieci dla siebie. Tacy małżonkowie nie boją się tego, co stanie się z nimi wtedy, gdy ich synowie i córki opuszczą dom rodzinny. Kochają oni swoje dzieci naprawdę bezinteresownie. W konsekwencji ich dorastające dzieci czują się wolne i utrzymują serdeczne kontakty ze swymi rodzicami. Młodzi dorośli stronią natomiast od tych rodziców czy teściów, którzy są zaborczy w okazywaniu „miłości” rodzicielskiej i którzy pragną „uszczęśliwiać” siebie kosztem dzieci i kosztem ich szczęścia w rodzinach, które te dorosłe dzieci zakładają.

Ogromną pomocą w pogodnym przeżywaniu procesu uniezależniania się dzieci od rodziców pełni pogłębione wychowanie religijne. Jeśli rodzice i dzieci przeżywają serdeczną przyjaźń z Bogiem, jeśli razem modlą się, jeśli w codziennym życiu kierują się Dekalogiem oraz stanowczym dążeniem do świętości, wtedy ich wzajemna miłość i wzajemna pamięć o sobie ma tak solidny fundament, że nie naruszy jej ani odległość, ani upływ czasu.


3. Sposób rozstania rozstrzyga się dużo wcześniej

Sposób uniezależniania się dorastających dzieci od ich rodziców to efekt całej ich historii życia. To, czy dorastające dzieci będą mogły spokojnie opuścić dom rodzinny, nie tracąc przez to wdzięczności, szacunku i miłości wobec rodziców, rozstrzyga się dużo wcześniej niż tuż przed opuszczeniem domu rodzinnego. Przyjście dzieci na świat sprawia, że małżonkowie nie są już w domu sami. Odtąd nie mogą myśleć tylko o sobie czy o planach we dwoje. Pojawienie się potomstwa w radykalny sposób zmienia sytuację małżonków i sprawia, że stają w obliczu dwóch ważnych zadań. Po pierwsze, powinni znaleźć nową równowagę we wzajemnych relacjach. Po drugie, powinni wspólnie podjąć radosny trud wychowania dzieci.

Z chwilą pojawienia się dzieci mężczyzna musi uczyć się być mężem i ojcem, a kobieta powinna harmonijnie łączyć zadania żony i matki. Przyjście na świat dzieci nie oznacza, iż odtąd mąż i żona przestają być małżonkami lub że stają się małżonkami w zawężonym wymiarze. Stając się matką, żona nie przestaje być głównym punktem odniesienia dla męża. Powinna w dalszym ciągu dbać o siebie i o swój rozwój, o swoje zdrowie i o zewnętrzny wygląd. Kobieta, która próbuje pełnić rolę matki kosztem więzi z mężem, staje się negatywnym wzorcem zarówno dla swych córek, jak i dla synów. Córki bowiem mogą wtedy sądzić, że stając się matkami, przestaną być atrakcyjne dla mężów. Z kolei synowie mogą uznać, że czułość i zainteresowanie okazuje się żonie dopóki nie stanie się matką.

Dla niedojrzałych mężczyzn typowe jest uchylanie się zarówno od obowiązków męża, jak i od obowiązków ojca. Po początkowej radości z powodu pojawienia się syna czy córki, nieodpowiedzialny mąż i ojciec zaczyna znikać z domu. Prowadzi to do kryzysu miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Jeśli w domu brakuje codziennej, wielogodzinnej i serdecznej obecności męża i ojca, to negatywne konsekwencje tego ponosi nie tylko kobieta, ale i dzieci. Synowie nie mają dojrzałego wzorca mężczyzny, a córkom trudno będzie uwierzyć w to, że są kochane i że zasługują na miłość, skoro tata nie ma dla nich czasu albo skoro odwiedzanie znajomych czy jakieś hobby jest dla ojca ważniejsze niż kontakt z własnym dzieckiem.


4. Opuścić dom rodzinny, nadal kochając rodziców

Dojrzali rodzice wiedzą o tym, że żadne dziecko nie zostało stworzone na obraz i podobieństwo rodziców ani po to, by realizować ich potrzeby czy aspiracje. Dojrzała miłość rodzicielska to najbardziej bezinteresowna miłość na świecie! To ofiarne i radosne dzielenie się czasem, zdrowiem, siłą, sercem i mądrością z kimś, kto nie jest stworzony dla mnie. To pomaganie we wzrastaniu w mądrości i łasce komuś, kto poza domem rodzinnym znajdzie swoje miejsce doczesnej radości i drogę do radości wiecznej. Dojrzali rodzice wiedzą o tym, że ich dziecko powinno realizować swoje a nie ich marzenia.

Szczęśliwe dzieci szczęśliwych rodziców opuszczają dom rodzinny bez lęku i poczucia winy. Bez lęku, gdyż nauczyły się od rodziców mądrze myśleć, odpowiedzialnie kochać i solidnie pracować. Bez poczucia winy, gdyż są pewne tego, iż ich rodzice nadal kochają siebie nawzajem i że są spokojni zarówno o własną przyszłość, jak i o przyszłość dzieci, które dobrze wyposażyli na drogę szlachetnego mierzenia się z twardą rzeczywistością. W obliczu wyprowadzenia się z domu rodzicielskiego rodzice i dzieci przeżywają tęsknotę, a jednocześnie są pewni tego, iż wcale nie tracą ze sobą kontaktu i że ich wzajemna miłość będzie trwać nienaruszona. Takie dzieci — z rodzinami, które zakładają — chętnie powracają do rodziców i utrzymują z nimi radosny kontakt. W przyszłości pozwolą też swoim dzieciom na założenie własnych rodzin i pozwolą im spokojnie opuścić dom rodzinny. Będą im do końca swoich ziemskich dni dyskretnie towarzyszyć miłością, modlitwą i mądrą radą. Wzorem jest Święta Rodzina. Maryja zawarła małżeństwo z niezwykłym, świętym mężczyzną i to pomogło jej w heroicznej decyzji o przyjęciu Bożego macierzyństwa. Maryja była pewna, że Jej małżonek przyjmie Jezusa z miłością prawdziwego ojca. Oboje pomagali Jezusowi wzrastać w łasce i mądrości u Boga i u ludzi. Oboje szukali Go z troską ale też nie przeszkadzali Mu w wypełnianiu Jego życiowej misji.

Dojrzali rodzice wiedzą, że problemem nie jest opuszczenie domu rodzinnego przez dorastające dziecko lecz brak wzajemnej miłości między mężem i żoną oraz między rodzicami a dzieckiem. W rodzinach, w których miłość w obu tych wymiarach była cały czas pielęgnowana i okazywana, pozostaje ona nienaruszona na zawsze i żadna odległość nie jest w stanie tej miłości osłabić. Natomiast w rodzinach, w których rodzice i ich dzieci nie dorastają do mądrej i radosnej miłości, nikomu nie przyniesie szczęścia to, że dzieci pozostaną z rodzicami, czy że z założoną przez siebie rodziną będą mieszkać w domu rodzinnym.

PUBLISHED 29 Gru 2008 CATEGORY
Dział: Elementarz
COMMENTS

Karykatury miłości

Mylić miłość z czymś, co miłością nie jest,
to tak, jakby mylić życie ze śmiercią.

Gdy ktoś twierdzi, że rozczarował się miłością, to nie zdaje sobie sprawy z tego, że w rzeczywistości rozczarował się samym sobą lub innym człowiekiem, który pomylił miłość z czymś, co miłością nie jest. Prawdziwa miłość nigdy nas nie rozczaruje! Ona stanowi sens naszego życia i dlatego mylenie miłości z czymś, co miłością nie jest, nieuchronnie prowadzi do krzywd i cierpienia. Typowe w naszych czasach błędy w patrzeniu na miłość to mylenie miłości ze współżyciem seksualnym, z uczuciami, z tolerancją, z akceptacją, z „wolnymi związkami” oraz z naiwnością.

Mit pierwszy to przekonanie, że współżycie seksualne stanowi istotę miłości
. Mylenie miłości z seksualnością prowadzi do dramatycznych krzywd, popęd seksualny - jak każdy popęd - jest ślepy i nieobliczalny. Gdyby istotą miłości było współżycie seksualne, to rodzicom nie wolno byłoby kochać własnych dzieci. Tymczasem nawet w małżeństwie współżycie seksualne jest jedynie epizodem w całym kontekście codziennej czułości i troski o kochaną osobę. Kto myli seksualność z miłością, ten z popędu czyni swego bożka, składając mu ofiary hojne i krwawe. Taki człowiek dla chwili przyjemności seksualnej gotów jest poświęcić nie tylko sumienie, małżeństwo i rodzinę, ale także swoje zdrowie a nawet życie. Kto myli seksualność z miłością, ten popada w uzależnienia, a nierzadko popełnia okrutne przestępstwa. Seksualność oderwana od miłości staje się miejscem wyrażania przemocy, do gwałtów włącznie, a także miejscem przekazywania śmierci, do aborcji i AIDS włącznie. Kierowanie się seksualnością prowadzi do cywilizacji śmierci, a kierowanie się miłością prowadzi do cywilizacji życia. Mylić miłość z seksualnością to mylić życie ze śmiercią. Człowiek zniewolony popędem oszukuje samego siebie i swoje zniewolenie usiłuje zamaskować pozorami miłości.

Kto utożsamia miłość ze współżyciem seksualnym, ten wpada w pułapkę pożądania.
Pożądanie pojawia się wtedy, gdy brakuje miłości. Największe problemy z opanowaniem popędu seksualnego i pożądania mają ci, którzy nie kochają. Największą „aspiracją” takich ludzi jest szukanie przyjemności za każdą cenę. Prowadzi to do różnych form nieczystości, a także do uzależnień i demoralizacji. Kto przeżywa radość z tego, że kocha, tego nie interesuje żadna forma seksualnej przyjemności, która narusza przyjaźń z Bogiem, szacunek do samego siebie czy miłość do bliźniego. Miłość nie jest seksualnością. Jest natomiast tą jedyną siłą, dzięki której człowiek może stać się panem własnych popędów i własnego ciała. To właśnie powstrzymywanie się od współżycia seksualnego jest potwierdzeniem odpowiedzialnej miłości rodzicielskiej, narzeczeńskiej czy w gronie przyjaciół. Także w małżeństwie panowanie nad popędem seksualnym jest warunkiem wierności i szczęścia. Seksualność małżonków staje się w pełni ludzka i czysta, gdy wynika z miłości, a nie z popędu czy z pożądania. Przynosi wtedy obydwojgu małżonkom radość i wzruszenie, a nie tylko fizyczną przyjemność. Małżonek, który kocha, nie skupia się na doznaniach fizjologicznych, ale na zachwycie, że może być jednym ciałem i jedną duszą z osobą, którą kocha i przez którą jest kochany. Takie współżycie seksualne to spotkanie dwojga osób, a nie mechaniczny dotyk dwóch ciał.

Mit drugi w odniesieniu do miłości to przekonanie, że miłość jest uczuciem oraz że miłość to piękne uczucie.
Tymczasem kochać to coś nieskończenie więcej niż coś czuć na poziomie emocji. Gdyby miłość była uczuciem, to nie można byłoby jej ślubować, gdyż uczucia są zmienne, a miłość jest trwała i wierna. Uczucia są cząstką mnie, są moją własnością, a miłość jest większa ode mnie. Ja w niej jedynie uczestniczę, kiedy kocham. Uczucia przeżywamy także wobec zwierząt, przedmiotów i wydarzeń, a zatem wtedy, gdy nie kochamy, ale coś lubimy czy czymś się cieszymy. Dojrzała miłość jest postawą a nie nastrojem. Zakochanie nie jest jeszcze miłością. Jest zauroczeniem emocjonalnym, które czasem prowadzi do życiowych tragedii.

Fałszywe przekonanie o tym, że miłość to uczucie wynika z faktu, że każdy, kto kocha, przeżywa silne uczucia. Nie istnieje miłość bez uczuć. Obojętność wobec drugiej osoby świadczy o tym, że jej nie kochamy. Z faktu jednak, że uczucia towarzyszą miłości, nie wynika, że miłość jest uczuciem. Gdyby kierować się założeniem, że miłość jest tym, co jej towarzyszy, to równie uprawnione byłoby twierdzenie, że miłość jest wzmożonym wydzielaniem hormonów, podniesionym ciśnieniem krwi, albo rumieńcem na twarzy. Tego typu zjawiska pojawiają się bowiem wtedy, gdy kochamy. Nie są one jednak miłością. Gdy w słoneczny dzień wychodzę na spacer, wtedy towarzyszy mi mój cień. O ile jednak łatwo odróżnić cień ode mnie, o tyle wielu ludziom sprawia trudność odróżnienie uczuć, które towarzyszą miłości od postawy miłości. Nie jest prawdą, że miłość to uczucia i że — kochając - przeżywamy jedynie „piękne” uczucia. Prawdą natomiast jest to, że miłości zawsze towarzyszą uczucia i że są one różne: od radości i entuzjazmu do rozgoryczenia, gniewu, żalu a nawet nienawiści. W każdym swoim słowie i czynie Jezus wyrażał swoją kochał, ale tej Jego miłości towarzyszyły przecież bardzo różne przeżycia. Nasze emocje sygnalizują to, co dzieje się w nas samych i w naszym kontakcie z innymi ludźmi. Jeśli kochający rodzice odkrywają, że ich syn okazuje się narkomanem, to przeżywają wtedy dramatyczny niepokój, lęk i wiele innych bolesnych uczuć właśnie dlatego, że kochają. Mylenie miłości z uczuciami sprawia, że to uczucia stają się kryterium postępowania. Tymczasem uczucia — podobnie jak popędy — bywają nieobliczalne, a kierowanie się nimi prowadzi do życiowych pomyłek i dramatów.

Dojrzały człowiek odróżnia miłość od uczuć. Wie, że miłość jest świadomą i dobrowolną postawą, a uczucia są jednym ze sposobów wyrażania miłości. Miłość to kwestia wolności i daru, a uczucia to kwestia potrzeb i spontaniczności. Miłość skupia nas na trosce o innych ludzi, a uczucia skupiają nas na naszych własnych przeżyciach i potrzebach. Miłość jest szczytem bezinteresowności i wolności, a więzi oparte na potrzebach emocjonalnych prowadzą do zależności od drugiej osoby i do agresywnej zazdrości o tę osobę. Miłość owocuje pogodą ducha i spokojem, a skupianie się na uczuciach prowadzi do wewnętrznych niepokojów i napięć. To właśnie dlatego „radość” człowieka zakochanego okazuje się niespokojna, a zakochani potrafią ranić się emocjonalnymi szantażami. Miłość prowadzi do trwałej radości, a kierowanie się uczuciami prowadzi do trwałego niepokoju, do zaburzonych więzi międzyludzkich i do uzależnień chemicznych.
Kto kocha, ten odczuwa radość nawet wtedy, gdy jest zmęczony czy smutny. Kto nie kocha, ten jest ciągle niespokojny i za wszelką cenę próbuje odreagować swoje bolesne przeżycia.

Trzeci z mitów na temat miłości polega na przekonaniu, że kochać to znaczy tolerować
. Tymczasem tolerować to mówić: rób, co chcesz!, akochać to mówić: pomogę ci czynić to, co służy twemu rozwojowi i co prowadzi cię do świętości. Tolerancja byłaby racjonalną postawą wtedy, gdyby człowiek nigdy nie krzywdził samego siebie ani innych ludzi. Tak będzie w niebie, ale na większość zachowań z repertuaru człowieka nie wyraża miłości, lecz prowadzi do krzywdy i cierpienia. W realiach, w jakich żyjemy, mówić komuś: czyń, co chcesz!, oznacza tyle samo, co mówić: „rób wszystko, co chcesz, gdyż twój los mnie nie interesuje, a twoje cierpienia, jakie sprowadzisz na siebie błędnym postępowaniem, są mi zupełnie obojętne”. Kto myli miłość z tolerancją, ten rezygnuje z racjonalnego myślenia, gdyż wierzy w to, że wszystkie zachowania człowieka stanowią równie wartościową alternatywę.

Kto ubóstwia tolerancję, ten na jej ołtarzu musi złożyć w ofierze człowieka. Zastępowanie miłości tolerancją oznacza wspieranie ludzi cynicznych i przestępców, gdyż jest dla nich najlepszą rękojmią bezkarności. Kto stawia tolerancję w miejsce miłości, ten poniża ludzi szlachetnych i świętych, gdyż zrównuje ich postawę z zachowaniami bandytów, odnosząc się w jednakowy sposób do jednych i drugich. Miłość to troska o drugiego człowieka, a tolerancja to obojętność na jego los . Tolerować zachowania człowieka — i to jedynie w pewnych granicach! - można wyłącznie w odniesieniu do smaków i gustów. Nie można natomiast stosować tolerancji w innych dziedzinach życia, a zwłaszcza w sferze więzi i wartości, gdyż empirycznym faktem jest to, że niektóre zachowania są aż tak szkodliwe, iż zakazuje ich nawet kodeks karny.

Człowiek dojrzały odnosi się do innych ludzi z miłością, a nie ledwie ich toleruje. Natomiast wobec zachowań innych ludzi stosuje kryterium prawdy i dobra. Dzięki temu wspiera zachowania szlachetne u wszystkich ludzi bez wyjątku, a jednocześnie ze stanowczością, jakiej uczy nas Chrystus, sprzeciwia się tym zachowaniom, przez które ktoś krzywdzi siebie lub innych ludzi. Im bardziej kocham człowieka, tym bardziej staję się „nietolerancyjny” wobec tych jego zachowań, które są szkodliwe, gdyż tym bardziej zależy mi na jego losie. Właśnie dlatego im mocniej rodzice kochają swoje dziecko, z tym większą stanowczością chronią je przed każdym niebezpieczeństwem i nie dopuszczają do błędnych zachowań. Jezus był wyjątkowo „nietolerancyjny” wobec cynicznych i przewrotnych zachowań faryzeuszów czy uczonych w Piśmie. Tolerancja postawiona w miejsce miłości to szczyt obojętności na los ludzi, podczas gdy miłość to najbardziej intensywna forma troski o każdego człowieka.

Czwarty błąd polega na utożsamianiu miłości z akceptacją
. Niektórzy sądzą, że akceptacja stanowi istotę, a nawet najwyższy przejaw miłości. Tymczasem akceptować drugiego człowieka, to mówić: bądź sobą, czyli pozostań w obecnej fazie rozwoju. Tego typu przesłanie jest skrajną naiwnością wobec ludzi, którzy przeżywają kryzys. Nikt roztropny nie zachęca złodzieja czy gwałciciela do tego, by „był sobą”. Akceptacja to coś znacznie mniej niż miłość nie tylko w odniesieniu do ludzi w kryzysie, ale także w odniesieniu do ludzi szlachetnych. Nikt z nas nie jest przecież na tyle dojrzały, by nie mógł się dalej rozwijać. W rozwoju człowieka nie ma granic! Tylko w odniesieniu do Boga miłość jest tożsama z akceptacją, gdyż Bóg jest wyłącznie miłością i nie potrzebuje rozwoju. Tymczasem nikt z ludzi miłością nie jest i dlatego nikt z nas nie powinien zatrzymywać się w obecnej fazie rozwoju.

Jest czymś słusznym akceptować prawdę na temat aktualnej sytuacji i postawy danego człowieka. Równie słuszne jest akceptowanie nienaruszalnej godności danej osoby. Zarówno jednak prawda o danej osobie, jak również godność tej osoby nie jest zależna od tego, czy ją akceptujemy, czy też nie. Od nas zależy natomiast postawa wobec danej osoby, czyli właśnie to, czy ją kochamy czy też jedynie akceptujemy prawdę o niej i o jej godności.
Kochać to nie „zamrażać” kogoś w jego obecnej — najpiękniejszej nawet! — fazie rozwoju, lecz pomagać mu, by nieustannie się rozwijał. Akceptować, to mówić: bądź sobą!, a kochać, to mówić: pomogę ci stawać się codziennie kimś większym od samego siebie. Miłość to niezwykły dynamizm, to zdumiewająca moc, która potrafi przemienić człowieka. Właśnie dlatego błędem jest mylenie miłości z akceptacją prawdy o człowieku czy z uznawaniem jego godności. Błąd ten oznacza w praktyce zachęcanie danego człowieka do tego, by zrezygnował z dalszego rozwoju. Kto kocha, ten ma odwagę proponować drugiej osobie nieustanne dorastanie do świętości. Kto jedynie akceptuje, ten takiej odwagi nie posiada.

Mit piąty na temat miłości to przekonanie, że ”wolne związki” to najbardziej „nowoczesna” forma wyrażania miłości w relacji kobieta — mężczyzna
. Mylenie miłości z tak zwanym „wolnym związkiem” to efekt nieodpowiedzialnej, „rozrywkowej” wręcz wizji więzi między kobietą a mężczyzną. W rzeczywistości nie istnieje „sucha woda”, „kwadratowe koło” ani „wolny związek”. Ludzie, którzy ulegają tego typu mitowi, deklarują sobie, że się kochają, czyli że żyją w najsilniejszym związku, jaki jest możliwy we wszechświecie. Jednocześnie twierdzą, że w każdej chwili mogą siebie opuścić, gdyż żyją w związku, który ich nie wiąże i do niczego nie zobowiązuje. Tacy ludzie używają wewnętrznie sprzecznego wyrażenia po to, by ukryć bolesny dla nich fakt, że ich „wolny związek” to w rzeczywistości związek egoistyczny, czyli niewierny, niepłodny i z definicji nietrwały. Taki związek jest wolny naprawdę tylko od jednego: od odpowiedzialności za własne postępowanie i za drugą osobę. W „wolnym związku” ta druga osoba traktowana jest jak sprzęt domowy, który wypożycza się w sklepie na próbę i którego w każdej chwili można się pozbyć.

Kto kocha, ten ma mentalność zwycięzcy. Taki człowiek pragnie czegoś znacznie większego niż romansu albo bycia dla kogoś kolejnym „partnerem”. Rozumie, że nie jest możliwe małżeństwo na próbę, gdyż nie jest możliwe życie na próbę. Wie też, że druga osoba nie jest sprzętem, który można wypróbować i ewentualnie zwrócić do sklepu, ale osobą, którą należy nieodwołalnie kochać. Dojrzały człowiek potrafi kochać wiernie i nieodwołalnie. Ma też świadomość, że na świecie istnieją tacy ludzie, którzy potrafią kochać w podobny sposób.

Szósty błąd w odniesieniu do miłości to przekonanie, że miłość jest formą naiwności
. To prawda, że niektóre sposoby odnoszenia się do drugiego człowieka mogą być przejawem naiwności. Kiedy jednak taka sytuacja ma miejsce, wtedy z pewnością nie jesteśmy dojrzali i nie kochamy. Tam, gdzie pojawia się naiwność, miłość natychmiast odchodzi. Dojrzała miłość jest bowiem nie tylko szczytem dobroci, ale też szczytem roztropnej mądrości iw żadnym przypadku nie da się jej pogodzić z naiwnością. Chrystus poświęcał każdego dnia wiele czasu na to, by swoich słuchaczy uczyć mądrego myślenia właśnie dlatego, by nigdy nie pomylili miłości z naiwnością. On pragnie, byśmy w miłości byli nieskazitelni jak gołębie, ale roztropni jak węże (por. Mt 10, 16).

Mylenie miłości z naiwnością ma miejsce wtedy, gdy dana osoba nie potrafi bronić się przed człowiekiem, który ją krzywdzi i gdy to swoje zachowanie nazywa miłością. Typowym przykładem naiwności jest sytuacja, w której alkoholik znęca się nad swoją żoną, ona dramatycznie cierpi z tego powodu, on przez całe lata lekceważy to jej cierpienie, a ona mimo to rezygnuje z obrony, licząc na to, że jej cierpienie przemieni kiedyś męża. Tego typu postawa to mylenie miłości z bezradnością lub z naiwnym liczeniem — wbrew oczywistym faktom! — na to, że krzywdziciel wzruszy się kiedyś cierpieniem swojej ofiary i zechce zmienić swoje postępowanie.

Miłość nie jest naiwnym cierpiętnictwem. Człowiek, który dojrzale kocha, potrafi przyjąć najbardziej nawet niezawinione cierpienie, jeśli mobilizuje ono krzywdziciela do tego, by się zastanowił i by zmienił. Jeśli jednak krzywdziciel pozostaje obojętny na nasz ból i nie zmienia swego błędnego postępowania, to wtedy pozostaje nam już tylko miłość na odległość. Takiej właśnie mądrej miłości uczy nas Jezus w przypowieści o mądrze kochającym ojcu, który wychodzi na drogę i z nadzieją czeka na powrót syna, ale który nie udziela błądzącemu żadnej pomocy, dopóki ten trwa w błędzie. W miłości, której uczy nas Chrystus, obowiązuje zasada:
to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził.

Dojrzała miłość to decyzja troski o rozwój drugiego człowieka. To decyzja całej mojej osoby, a nie tylko mojej woli.
To decyzja wyrażana w słowach i czynach dostosowanych do zachowania drugiej osoby. Człowiek dojrzały jest tak dobry, że potrafi kochać wszystkich ludzi, których spotyka, a jednocześnie jest tak mądry, że osobiście wiąże się tylko z tymi, którzy też potrafią dojrzale kochać.

Strona 1 z 2